Poniżej przytaczam fr. książki Michała Rudawskiego „Mój obcy kraj?”. Michał Rudawski był Żydem, urodził się i wychował w Przytocznie. Przeżył wojnę, w latach 60-tych wyemigrował do Szwecji, gdzie po przejściu na emeryturę zajął się pracą pisarską.
„W niedzielne przedpołudnie siedziałem w domu Barucha w Łysobykach. (…) Jego rodzice mieli sklepik z wapnem i farbami. Dlatego ojca, ponad siedemdziesięcioletniego, półgłuchego Szlomo-Załmena nazywali „farbiarz”. (…). Nie minęło dziesięć minut, gdy zjawiło się dwóch Niemców., którzy wyważyli drzwi do komórki. Krzycząc „raus” i waląc kolbami od karabinów wywlekli nas stamtąd i popędzili na rynek. (…).
Gdy liczba spędzonych na plac Żydów była „wystarczająca” (…) ustawiono nas w czwórki i poprowadzono w kierunku Przytoczna. (…). Na czele jechał niemiecki oficer na koniu, za nim kolumna Żydów otoczona z obu stron Niemcami (…).
Po wyjściu z Łysobyk wyprowadzono nas na łąkę (…). Rozstawiono nas i zaczęliśmy „ćwiczenia”- od „prostych” jak przysiady, padanie i podnoszenie się do „wyszukanych”, jak skłon tułowia do przodu przy opuszczonych spodniach oraz bicie kolbami po gołych tyłkach. Za każdym z nas stał żołnierz i bił „swego” Żyda na komendę dowódcy. Stojący w pobliżu mnie Baruch opuścił spodnie, ale pozostawił na sobie krótkie majtki. Rozwścieczyło to Niemca, który go chwycił za kalesonki, podniósł do góry i stłukł go kolbą karabinową. Odgłos rytmicznych, na komendę, uderzeń kolbami po gołych tyłkach Żydów wywołał salwy śmiechu żołnierzy.
Po części „gimnastycznej” rozpoczęła się część „duchowa” – kazano się modlić „zu Gott beten”. Modlitwy miał odmawiać rabin, wszyscy mieli powtarzać. Rabin z początku robił to za „cicho”, więc dostawał ekstra lanie po twarzy, żeby było „laurer…” (…)
Gdy dla „bogobojnego” dowódcy z „Got mit uns” na pasie było dość modlitw, zarządził „zabieg kosmetyczny”, czyli obcinanie bród i pejsów.. Pejsy – oprócz rabina miało je niewielu- wyrywano. Rabin miał całą twarz zalaną krwią. Do obcinania bród nie używano nożyc, tylko noży i bagnetów. Poddawani tym zabiegom zanosili się rozdzierającym płaczem, gorzej niż przy biciu kolbami.
Ja nie miałem pejsów ani brody, ale „mój” oficer postarał się, żebym nie był bezczynny. Doprowadził mnie do rowu i kazał skakać tam i z powrotem. Gdy przeskakiwałem zgrabnie, nie podobało mu się to. Chciał, żebym wpadł do wody. Ale moje skoki widocznie mu się znudziły, znalazł więc dla mnie nowe „zajęcie”.
Niedaleko pasły się krowy, rozkazał mi więc wsiąść na jedną z nich. Krowa zaczęła się oddalać, gdy się do niej zbliżałem, a Niemiec nie przestawał krzyczeć „auf” , odpinając kaburę pistoletu. Byłem szczupły i zwinny, więc skoczyłem krowie na grzbiet. Ta, jak dzika, zaczęła biec wzdłuż rowu i oddalać się. Usłyszałem komendę „halt” i „zuruck”, zacząłem więc udawać, że chcę zejść, przy czym obejrzałem się i stwierdziłem, ze oddaliłem się od Niemca o jakieś dwieście metrów albo i więcej. Zamiast wracać do prześladowcy, przeskoczyłem rów i groblę i wskoczyłem do stawu. Zanim Niemiec przybiegł, przebyłem grzęzawisko, popłynąłem pod osłoną zarośli w bok, kilkadziesiąt metrów od brzegu. Zanurzyłem się po usta w błotnistej wodzie, w bezruchu, żeby nie zdradzać swojego miejsca. (…). Przyjechał dowódca na koniu, przeklinał jeszcze kilka minut na grobli, a potem słyszałem stąpanie oddalającego się konia.. Dochodziły też do mnie głosy Żydów maltretowanych na łące, potem cała salwa strzałów.
Po pewnym czasie wszystko ucichło (…). Usłyszałem z daleka polskie głosy i kroki na grobli. Później nawoływania. Nawoływano mnie po imieniu do wyjścia z wody, jeśli żyję, bo „szwabów” już nie ma (…). Byłem zupełnie sztywny , nie mogłem płynąc ani iść (…). Jeden z kolegów rozebrał się i pomógł mi wydostać się ze stawu. Po drodze opowiadali (…), że salwa karabinowa była jednak tylko w powietrze. Akompaniował jej śmiech Niemców, radość, że nastraszyli Żydów.”
Na zdjęciu Michał Rudawski z matką i wujem.