
Miał zostać księdzem. Został więźniem Auschwitz, a potem żołnierzem Armii Krajowej. 10 czerwca 1942 roku rzucił się do ucieczki wraz z 49 innymi więźniami – i przeżył. A potem, siedemdziesiąt lat później, wrócił do Oświęcimia, by stworzyć dom dla umierających. Jego historia to jedno z największych świadectw odwagi i nadziei, jakie znacie.
August Kowalczyk urodził się w rodzinie nauczycielskiej. Po maturze planował rozpocząć naukę w seminarium duchownym, jednak wybuch II wojny światowej przekreślił te plany. Chcąc przedostać się do armii polskiej we Francji, podjął próbę przekroczenia granicy przez Słowację. Został aresztowany przez Niemców i 4 grudnia 1940 roku trafił do niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz.
Otrzymał numer 6804. Pracował między innymi przy rozładunku materiałów budowlanych. W maju 1942 roku za kontakty z ludnością cywilną został skierowany do dożywotniej kompanii karnej – miejsca, z którego niewielu więźniów miało szansę wyjść żywymi.
10 czerwca 1942 roku podjął desperacką próbę ucieczki. Po zakończeniu pracy przy kopaniu rowu melioracyjnego wraz z 49 innymi więźniami rzucił się do ucieczki. Ukrywał się w lesie, a później w zbożu. Tam odnaleziony został przez mieszkanki okolicznych miejscowości, które wykazały się niezwykłą odwagą. Dały mu kobiece ubranie i pomogły znaleźć bezpieczne schronienie.
Spośród 50 uciekinierów wolność odzyskało zaledwie ośmiu. Przez siedem tygodni ukrywał się na poddaszu domu Anny i Józefa Lysków w Bojszowach. Później, posługując się fałszywymi dokumentami, przedostał się na Górny Śląsk, a następnie do Krakowa. Do końca wojny walczył w szeregach Armii Krajowej.
W ramach rewanżu Niemcy w tym dniu stracili 300 więźniów. Los zatoczył niezwykłe koło.
August Kowalczyk przeżył – cudem, dzięki pomocy odważnych ludzi, dzięki swojej determinacji, dzięki szczęściu, które w tamtych czasach było towarem równie rzadkim jak wolność. Ale Auschwitz nigdy nie opuściło jego duszy. Przez resztę życia nosił w sobie ciężar tamtych dni – wiatr śmierci, zapach spalonych ciał, widok kolegów padających w biegu.
Po wojnie został cenionym aktorem teatralnym i filmowym. Grał role, które wymagały głębi i wrażliwości – a on miał ich w nadmiarze. Ale nigdy nie przestał mówić o doświadczeniach Auschwitz. Jeździł do szkół, spotykał się z młodzieżą, opowiadał o tym, czego był świadkiem. Mówił, że pamięć jest obowiązkiem. Że nie wolno zapomnieć.
I wtedy, gdy wydawało się, że jego historia dobiegła końca, postanowił zrobić coś, co było zwieńczeniem całego jego życia. Postanowił, że w Oświęcimiu – w miejscu, które było świadkiem największej zbrodni w dziejach – powstanie hospicjum. Dom dla umierających. Miejsce, w którym ludzie w ostatnich chwilach życia będą otoczeni troską, godnością i szacunkiem. To miał być jego dar dla miasta, które podczas okupacji niosło pomoc więźniom i zbiegom.
Przez wiele lat zbierał fundusze, zabiegał o poparcie, przekonywał tych, którzy wątpili. I w końcu – w czerwcu 2012 roku – hospicjum zostało otwarte.
I właśnie wtedy, gdy August myślał, że jego misja jest wreszcie zakończona, los przygotował dla niego ostatnią, najbardziej poruszającą lekcję. Lekcję, której nikt się nie spodziewał…
Powyżej zdjęcie w obozowym pasiaku oraz wpis do kroniki szkolnej w Przytocznie.